Filomena Smoła
Tekst: Maja von Horn
Zdjęcia: Zoe Heller
– Jest gorące, płynne, leje się jak miód. Pomieszczenie nagrzewa się, pracujesz całą sobą. Walczysz, przesuwasz granice, twoja skóra robi się gorąca, działasz na ciągłej adrenalinie – opowieść Filomeny Smoły o pracy ze szkłem to zaskakująco zmysłowa podróż w głąb siebie.
Ma 25 lat, a na swoim koncie m.in. zwycięstwo na Międzynarodowym Biennale Szkła w Sofii w 2020 roku, wyróżnienie amerykańskiej Glass Art Society dwa lata później, grant nowojorskiej organizacji Urban Glass (otrzymany dwukrotnie) oraz stypendium Kent State University, na którym uczy studentów dmuchania szkła. Jeśli istnieje jakieś wyobrażenie o tym, jak wygląda hutnik, Filomena Smoła jest jego dokładnym przeciwieństwem. Z długimi, rozpuszczonymi włosami, w białej haftowanej koszuli i autorskiej biżuterii wygląda stylowo i zdecydowanie zbyt delikatnie, by mogła całe dni spędzać w hucie. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom.
Maja von Horn: Jesteś jedną z nielicznych kobiet w Polsce, która nie tylko projektuje obiekty ze szkła, lecz także samodzielnie je wykonuje. Tworzysz eteryczne przedmioty, jednak praca w hucie to ciężkie fizyczne zajęcie, w ekstremalnie wysokich temperaturach. Uodporniłaś się na nie?
Filomena Smoła: W Polsce właściwie nie ma osób, które jednocześnie projektują i fizycznie pracują ze szkłem. Projektanci czasem pojawią się w hucie, powiedzą coś do hutnika, czasem delikatnie dotkną szkła, nie wykonują jednak całego procesu. Jest w tej pracy dużo fizyczności, ale też przestrzeń na intymność – to bardzo sensualny kontakt z materiałem. Pojawia się również element walki, bo ta materia się opiera, nie jest wcale otwarta na współpracę. Możesz nią manipulować, daje ci płynność, swobodę ekspresji, jednak żeby to osiągnąć, musisz z nią walczyć, przepychać granice, zawładnąć nią.
M. v. H.: Co stanowi największe wyzwanie w tym procesie?
F. S.: Szkło jest gorące, płynne, leje się, trochę jak miód. Nabierasz je narzędziem zwanym piszczelą, którą musisz bezustannie obracać, bo jeśli przestaniesz, wszystko z niej spłynie. Cały czas trzeba mieć kontrolę nad materią. Piec rozgrzewa się do około 1500 stopni Celsjusza – otwierasz go i widzisz żar. Niektórzy już wtedy odpuszczają. Trzeba podejść blisko, zanurzyć piszczel, nieustająco tkwić przy palenisku i pozostać odpornym. Temperatura w pomieszczeniu osiąga nawet 40 stopni Celsjusza. Działasz całą sobą, nagrzewasz się, twoja skóra robi się gorąca. Należy szybko podejmować decyzje, bo szkło reaguje na wszystko: na temperaturę, warunki atmosferyczne i przede wszystkim na dotyk. Działasz na ciągłej adrenalinie. Szkła nie formujemy ręką, tylko za pomocą mokrej gazety. Może to brzmi abstrakcyjnie, ale to najlepsze narzędzie. Gazeta absorbuje wodę, przez to nie pali się, jest śliska. To niesamowite, że tak cienka warstwa oddziela 1500 stopni Celsjusza od twojej ręki.
M. v. H.: Na nagraniach, które umieszczasz na Instagramie, nie nosisz żadnego ubrania ochronnego, wyglądasz bardzo stylowo przy piecu.
F. S.: Moje ciało już przywykło do tych warunków. Czasami, jak formuję dużą warstwę szkła, zakładam specjalne ochronne rękawniki. Gdy byłam dzieckiem, zdiagnozowano u mnie zaburzenie czucia głębokiego. Zaczęło się od tego, że bardzo mocno potrzebowałam ruchu – musiałam czuć swoje mięśnie, więc w naturalny sposób rodzice popychali mnie w sport, spacery, pływanie. Potrzebowałam ciągłego stymulowania, by lepiej czuć ciało, żeby wiedzieć, gdzie są jego granice, gdzie jest głód czy niedosyt. Poprzez ruch i fizyczny kontakt nabierałam pamięci mięśniowej, którą mój organizm mocno zapisuje. To mnie zestraja i powoduje, że mam głębszą świadomość swojego ciała. Pracując w hucie, całkowicie się ze sobą synchronizuję.
M. v. H.: Po wyjęciu piszczeli z pieca przychodzi moment dmuchania w szkło – co wtedy czujesz?
F. S.: Mój dziadek był saksofonistą, a tata trębaczem pasjonatem. Niedawno uświadomiłam sobie, że to jest ten sam dmuch, co przy dmuchaniu szkła. Oni tworzyli muzykę, zapisem dmuchnięcia był dźwięk – u mnie zapis jest w obiekcie, w szkle, tworze fizycznym. Traktuję to jako formę medytacji. Całą uwagę poświęcam na to, by wytworzyć dany obiekt, zapanować nad materią. Ale z drugiej strony to proces także ekstremalny, czasem nawet bolesny. Granica pomiędzy poczuciem ukojenia a wysiłkiem fizycznym, który wkładam w te czynności, się zaciera.
M. v. H.: Często zdarza się, że rzecz, która wydaje ci się już skończona, rozpada się i tłucze?
F. S.: Notorycznie. Dzisiaj też dmuchałam przed naszym spotkaniem. To był całkiem udany dzień, ale jeden obiekt zupełnie straciłam – i musiałam się z tą stratą pogodzić. Wystarczy odrobinę za mocne przesunięcie piszczelą i szkłem, które masz na końcu, i ono automatycznie się rozpada, bo jest za zimne i zbyt kruche. Albo zaczyna pękać, bo temperatura za bardzo się obniżyła, czy ruch okazał się zbyt gwałtowny.
M. v. H.: To nie jest frustrujące?
F. S.: Szkło nauczyło mnie ogromnej pokory. Nie każdy może pracować z tym materiałem, niektórzy wpadają we wściekłość, a tu potrzebna jest cierpliwość. Gdy rozwali się jeden kawałek, nie możesz się załamać, trzeba iść dalej. Myślisz sobie: „Rozumiem, dzisiaj potrzebowałeś tego, żeby się roztrzaskać. Podejdziemy do tego następnym razem, spróbujemy jeszcze raz”. Bywają takie dni, że wszystkie przedmioty lądują na podłodze.
M. v. H.: Wyjechałaś do Stanów dlatego, że w Polsce artysta nie jest dopuszczony do fizycznego aspektu tej pracy?
F. S.: Tak, w Stanach już w latach 60. XX wieku powstało The American Studio Glass Movement. Zawiązała się wtedy społeczność działająca na przekór przemysłowej, masowej produkcji szkła. Pojawili się prekursorzy, którzy stworzyli pierwsze studio szkła tu, gdzie teraz mieszkam, w Ohio. Później założyli w tym miejscu pierwszą szkołę szkła. Wszystko budowali od podstaw. Początkowo czerpali ze współpracy z ceramikami, ponieważ oni też używali pieców, ale później odkryli niezależny sposób tworzenia zarezerwowany wyłącznie dla szkła. To był ich główny cel: być niezależnym od hutnika, żeby móc przejść cały proces samodzielnie, na zasadzie eksperymentu, prób i błędów, aż dojdzie się do finalnego obiektu.
M. v. H.: Zanim wyjechałaś z Polski, studiowałaś malarstwo w Toruniu.
F. S.: Pochodzę z Gdańska, ale żeby studiować malarstwo, przeprowadziłam się do Torunia. Był tam fakultet z architektury szkła w przestrzeni. Na początku miałam opory, bo zajmowaliśmy się witrażami, które są sztywne, płaskie, a ja zawsze dążyłam do przestrzenności – ruch stanowił część mojej ekspresji. W malarstwie też najbardziej pociągało mnie action painting – pracowałam na dużych płótnach, nie lubiłam dłubać w małej skali, wolałam rozmach. Witraż kompletnie nie był w moim klimacie, ale musiałam go zaliczyć jako fakultet. Na szczęście mój profesor zauważył we mnie – dociekliwej studentce, która pragnie poznać wszystkie tajniki szkła – jakiś potencjał. Nawiązaliśmy dobry kontakt. Mieliśmy w szkole piec do fusingu [techniki polegającej na zgrzewaniu warstw szkła – przyp. red.], zaczęłam dużo z nim eksperymentować. Potrafiłam spędzić w pracowni 24 godziny na dobę, by patrzeć na każdy etap, który tam się wydarza – jak szkło się zagina, jak z płaskiej tafli powstaje przestrzenna forma. Nie znałam wtedy jeszcze huty, a już czułam, że mogłabym to robić do końca życia.
M. v. H.: Z malarstwa przeniosłaś się do Wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych na Wydział Sztuki i Wzornictwa Szkła. To tam nauczyłaś się fachu?
F. S.: We Wrocławiu kontynuowałam też malarstwo, studiowałam na dwóch kierunkach równocześnie, ale na pierwszym roku doznałam ogromnego rozczarowania. Są tam dwa przedmioty – szkło artystyczne i szkło użytkowe. Zdając egzaminy wstępne, byłam przekonana, że na szkle użytkowym będę się uczyć wykonywać przedmioty sama – było dla mnie nie do pomyślenia, że ktoś to będzie robił za mnie! Gdy zapytałam, jak mam zrealizować moje szkice, dowiedziałam się jednak, że przyjeżdża hutnik i wykonuje całą pracę za studentów, a my zajmujemy się tylko częścią projektową. Ta wiadomość złamała mi serce. Uświadomiłam sobie, że jeśli chcę pracować w hucie, muszę wyjechać z kraju.
M. v. H.: Skąd czerpiesz motywy do swoich prac? Gdzie ich szukasz?
F. S.: Przechodzę obecnie okres powrotu do korzeni – przywołuję czas dorastania, świat, w którym kształtowała się moja estetyka, przedmioty, którymi się otaczałam, to, jak rodzice mną kierowali, w jakim w środowisku żyłam, jak doświadczałam natury. Próbuję wychwytywać z tych wspomnień wrażenia zmysłowe i estetyczne. Mam piękne wspomnienia z Beskidu Niskiego, gdzie rodzice mają dom – teraz już wakacyjny, ponieważ mieszkają w Gdańsku – ale właśnie stamtąd pochodzą przodkowie ze strony taty i ten teren jest mi bardzo bliski. Wspomnienia, które najmocniej zakorzeniły się w mojej pamięci, staram się przepuszczać przez swoją wrażliwość, by opowiadać o nich w szkle.
M. v. H.: Dorastałaś na Łemkowszczyźnie?
F. S.: Rodzice chcieli nam pokazać świat, to było dla nich bardzo ważne, więc ciągali nas po różnych miejscach. Mieszkaliśmy we Francji, w Bieszczadach, a potem przenieśliśmy się do Beskidu Niskiego, tuż pod granicę słowacką. Marzyli, by mieć tam dom – łemkowską regionalną chatę z prawdziwego zdarzenia, która zachowała ducha czasu. Jeździli po tych okolicach i szukali odpowiedniego miejsca, żeby wrócić do swoich korzeni. W końcu znaleźli ostatni budynek w wiosce, zupełnie na uboczu. Był to jedyny dom, który przetrwał burzliwą historię tego regionu, więc zachowały się w nim wszystkie historyczne elementy – kamienie, deski, na których jest wyryty rok budowy. Nie chcieli niczego zmieniać, później trochę go rozbudowali – tylko tak, żeby dało się go użytkować. Dopiero cztery lata temu zainstalowali prysznic i WC. Wcześniej wszystko było na dworze, mycie polegało na polewaniu się gorącą wodą na ganeczku.
M. v. H.: Może dzięki temu jesteś tak odporna na wysokie temperatury?
F. S.: Możliwe! To były surowe warunki, ale rodzicom w ogóle to nie przeszkadzało. Zależało im, byśmy dorastali zjednoczeni z historią i naturą, nie odczuwali potrzeby, żeby coś unowocześniać. Schodziło się w dół, do rzeki, gdzie się kąpaliśmy. Przez pierwsze pięć lat nie mieliśmy lodówki, zimą chłodziliśmy jedzenie w sieni lub w piwnicy.
M. v. H.: Jesteście dużą rodziną?
F. S.: Mam dwie siostry i brata.
M. v. H.: Czworo dzieci bez lodówki i łazienki, imponujące.
F. S.: To była ich pasja, odrzucali klasyczny styl życia i wychowywania dzieci. Chcieli nam pokazać świat od wrażliwej, dzikiej strony, z głębokim kontaktem z naturą, z przodkami, z historią. To stanowiło ich siłę napędową, dzięki której dawali radę.
M. v. H.: Więc gdy szukasz pomysłu na formę, wracasz do dzieciństwa.
F. S.: Szukam w pamięci tych momentów, które mnie zatrzymywały, wpłynęły na mój wizualny język, ale też na tożsamość. Wszystkie przedmioty w tym domu pochodziły z targów, na które jeździli rodzice, albo od ludzi z wioski. Każda rzecz skrywała historię, część została po poprzednich właścicielach. Te przedmioty mocno we mnie rezonowały. Chodziliśmy również do cerkwi – chociaż rodzice nie są prawosławni, bardzo szanowali otaczającą nas kulturę. To było piękne doświadczenie, uwielbiałam ten zapach, atmosferę, wilgoć w powietrzu, zupełnie inne środowisko. Zapamiętałam na przykład formę wyrytą na ławie albo drewnianą ścianę, na której były powywieszane jakieś małe przedmioty. Chcę to utrwalić, przełożyć na mój język w sztuce.
M. v. H.: Przedmioty, które tworzysz, to sztuka czy sztuka użytkowa?
F. S.: Na początku uważałam, że to wyłącznie rzeźba. Ale po studiach we Wrocławiu zaczęłam się otwierać na formę użytkową, ponieważ zapamiętałam ogrom przedmiotów o przeróżnych zastosowaniach i związaną z nimi pamięć sensoryczną, jak chwytanie kubka czy wazonu u babci. Chciałabym przełamać granice użytkowości przedmiotów, żeby kieliszek nie służył tylko temu, by nalać do niego wino, ale żeby mógł też być formą sztuki. Czasem coś może wyglądać jak wazon, ale w środku ma dziury przeplecione koronką. Nie nalejesz do niego wody – jest wazonem, tylko nie stricte użytkowym. W Ohio znalazłam zakład rzemieślniczy wykonujący różnego rodzaju koronki i tam zleciłam realizację tego projektu. Niestety, nie mogłam użyć koronek mojej babci, która robiła ich mnóstwo. Jestem mocno związana z tym wspomnieniem, dlatego postanowiłam połączyć je ze szkłem.
M. v. H.: Wykonujesz nawet szklane pierścionki. Jeden nieuważny ruch ręką oznacza ich koniec?
F. S.: Niekoniecznie. Robię je ze szkła borokrzemowego, są naprawdę trwałe. Wiadomo, że nie powinnaś w nich myć naczyń i faktycznie musisz być uważna na to, że je nosisz. Nie dadzą ci pełnej swobody, ale za to dają skupienie – masz dłoń, z której świadomie musisz korzystać, wszystkie czynności będziesz wykonywać uważniej. Uważność jest niezwykle ważna w procesie dmuchania szkła. Wymyśliłam pierścionki, ponieważ są to przedmioty, dzięki którym fizycznie mogę przekazać drugiej osobie moje wrażenia z tego procesu.
M. v. H.: Nad czym teraz pracujesz?
F. S.: Kontynuuję moje poszukiwania tożsamościowe, to ewoluuje. Poprzedni projekt wykonywałam w czystym szkle, teraz eksperymentuję z kolorem, szukam nowych form i sposobów na trochę większą ostrość. We wcześniejszych pracach byłam bardzo delikatna, ukoiłam się mocno, a teraz próbuję znaleźć formę opartą na wewnętrznych konfliktach, które również towarzyszą nam w życiu.
M. v. H.: Muszę cię jeszcze zapytać o twoje piękne imię. Czy wyjątkowe imię daje poczucie wyjątkowości?
F. S.: Na początku strasznie się go wstydziłam. W szkole nie mogłam się ukryć, wszyscy wiedzieli, że jestem Filomeną. Ale później tata opowiedział mi historię łączącą się z moim imieniem – dostałam je po prababci, która była dla niego wspaniałą babcią. Dodawała mu otuchy w dzieciństwie, potrafiła wzbogacić o różne doznania, odkrywała przed nim piękno, pokazywała świat ze swojej perspektywy. Opowiadał, jak uciekając od domowego zgiełku, mógł się schować w jej ramionach. Wtedy zaczęłam utożsamiać się z tym imieniem i dziś jestem dumna, że zostałam imienniczką prababci Filomeny. Czuję się z nią tak mocno związana, że może się to wręcz przekładać na moją pracę.