Gunia Nowik

Zakup dzieła sztuki jest intymną sytuacją, która wymaga kontaktu jeden na jeden między odbiorcą a dziełem. Tych emocji nie da się doświadczyć przez internet – mówi Gunia Nowik, twórczyni nowej warszawskiej galerii sztuki współczesnej Gunia Nowik Gallery.

Tekst: Maja von Horn
Zdjęcia: Gosia Turczyńska

W świecie sztuki Guni Nowik nie trzeba nikomu przedstawiać. Przez ostatnich osiem lat współprowadziła galerię sztuki współczesnej Pola Magnetyczne, by latem 2021 roku otworzyć pod własnym nazwiskiem Gunia Nowik Gallery w centrum Warszawy. Jasna, przestronna przestrzeń kamienicy przy ul. Brackiej, z czarnym parkietem w jodełkę, wydaje się być stworzona do bycia galerią. Wyrobione oko i niesztampowy gust Guni widoczne są we wnętrzu, w jej ubiorze, ale przede wszystkim w selekcji artystów, których reprezentuje. Większość z nich należy do jej pokolenia, ludzi urodzonych w latach 70. i 80. Są wśród nich Agata Bogacka, Jakub Gliński, Katarzyna Korzeniecka, Anna Orłowska oraz Iza Tarasewicz. Wyjątkiem jest Teresa Gierzyńska (rocznik 1947) oraz Krzysztof Jung (1951–1998), ważna postać sceny queerowej w Polsce lat 80. i 90. Wystawy tych dwojga artystów można oglądać w galerii do końca stycznia.

chylak-gunia-nowik-5
chylak-gunia-nowik-3

Maja von Horn: Kiedy zrozumiałaś, że chciałabyś zawodowo zajmować się sztuką? Wyniosłaś tę pasję z domu rodzinnego, czy odkryłaś ją później?

Gunia Nowik: Moi rodzice są historykami. Wszystkie wycieczki do średniowiecznych kościołów odbyłam w dzieciństwie z ojcem. Mój dziadek był architektem, zaprojektował dom w Zalesiu Górnym pod Warszawą, w którym się wychowałam. Zawsze gdy gdzieś jechaliśmy, muzea były obowiązkowym punktem zwiedzania. Jakiś czas temu widziałam świetny mem – jadą dwie osoby samochodem, jedna ubrana klasycznie, skromnie, stonowana, druga bardziej queerowa, odjechana, szalone kolory, pióra, itd. Pod pierwszą jest podpis „historia”, pod drugą „historia sztuki”. Ten mem idealnie obrazuje relację pomiędzy tymi dwoma dziedzinami, pomiędzy mną i rodzicami trochę też. Wysłałam im go, bardzo nas to rozbawiło.

M.V.H.: Dwa różne światy?

G.N.: Tak, chociaż dzisiaj moi rodzice również interesują się sztuką, zwłaszcza mama zaczęła kolekcjonować sztukę współczesną, która jest moim głównym obszarem zainteresowań.

M.V.H.: Kiedy więc zorientowałaś się, że chciałabyś być galerzystką?

G.N.: Nie wiem czy chciałam być od razu galerzystką, ale na pewno chciałam związać swoje życie zawodowe ze sztuką. Taka decyzja zapadła, gdy wyjechałam do Fryburga w Szwajcarii, żeby studiować historię sztuki. To właśnie podróże otworzyły mi oczy, nie tylko na świat, ale i na sztukę. Tuż po maturze, razem z moją przyjaciółką przejechałyśmy całą Europę autostopem. Podczas jednej z tych wypraw, nieco przypadkiem przejeżdżałam przez Szwajcarię. Zaintrygował mnie ten kraj na tyle, że jakiś czas później wylądowałam na studiach we Fryburgu. To był przełom w moim życiu. W Warszawie chodziłam do liceum z francuskim, interesowała mnie frankofońska kultura, również Szwajcarii. Podczas studiów uznałam, że powinnam odbyć jakiś staż. Udałam się do małego lokalnego centrum sztuki współczesnej Fri Art. Była to najlepsza decyzja i najważniejsze doświadczenie zawodowe, które ukształtowało mnie w kierunku sztuki współczesnej. Robiliśmy tam wystawy artystów współczesnych, głównie ze Szwajcarii, ale też z innych krajów (Petter Coffin, Marcelline Delbecq, Mark Dion, Jimmie Durham). Byłam częścią tego fascynującego procesu, częścią zespołu, który pracował nad przygotowywaniem wystaw. Po tym stażu byłam pewna, że właśnie to chcę robić w życiu.

M.V.H.: Po powrocie do Polski zaczęłaś pracę w fundacji sztuki polskiej banku ING.

G.N.: Tak, wróciłam z kraju banków i wylądowałam w banku. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Później pracowałam też w magazynie Piktogram, współpracowałam też z Instytutem Adama Mickiewicza i MSZ, gdzie zajmowałam się wizytami studyjnymi w języku francuskim i angielskim. Byłam tłumaczką i przewodniczką po polskim świecie sztuki dyrektorów instytucji kulturalnych czy kuratorów, którzy przyjeżdżali do Polski.

M.V.H.: Taka sieć kontaktów jest pewnie niezbędna w Twoim zawodzie.

G.N.: Z większością tych osób mam kontakt do dziś. Nawet jedną kuratorkę spotkałam ostatnio przypadkiem w Paryżu na ulicy! Poszłyśmy na kawę. To była ciekawa praca! Poznałam wspaniałych ludzi, dużo się nauczyłam. W tym samym czasie, z moim ówczesnym partnerem, potem już tylko biznesowym, prowadziliśmy galerię Pola Magnetyczne, na którą przeznaczyliśmy nieużywaną połowę jego mieszkania. Pracowałam też z Sharon Lockhart i Basią Piwowarską nad Pawilonem Polskim w Wenecji. Miałam zawsze kilka prac na raz. Było intensywnie.

M.V.H.: Aż wreszcie latem 2021 otworzyłaś swoją pierwszą autorską przestrzeń Gunia Nowik Gallery, w centrum Warszawy, w środku pandemii. Czy takie posunięcie wymaga dużej odwagi?

G.N.: Galeria jest nowa, ale ja nadal zajmuję się tym, czym zajmowałam się wcześniej, to kontynuacja mojej drogi. Poprzednią galerię prowadziłam od 2012 roku, to już prawie dziesięć lat. Część artystów, z którymi pracowałam wcześniej odeszła razem ze mną. Prawdopodobnie, gdybym nie miała tych relacji z artystami, które mam, to nie otworzyłabym w pandemii nowej galerii w centrum miasta. Ryzyko było o tyle zmniejszone, że są to kontakty, które wcześniej wypracowywałam latami. Mam wokół galerii grupę wspaniałych kolekcjonerów, dzięki którym może ona funkcjonować.

Teresa Gierzyńska

Teresa Gierzyńska
Pause
Gunia Nowik Gallery
04.12.2021 - 29.01.2022

chylak-gunia-nowik-1
chylak-gunia-nowik-8

M.V.H.: Jak trafiłaś na to miejsce?

G.N.: Na początku roku ogłosiłam, że odchodzę z poprzedniej galerii. Jeszcze tego samego dnia zadzwonił do mnie mój przyjaciel kolekcjoner i powiedział „jestem pewien, że będziesz kontynuować to, co robiłaś, bo gdybym był artystą, oddałbym się w twoje ręce”. To było bardzo wzruszające, szczególnie w takim ważnym momencie zmiany. Po czym dodał, że ma dla mnie przestrzeń, żebym mogła nadal robić to, co robię. Dzięki niemu jesteśmy na Brackiej i jest to wspaniałe miejsce. Dobra energia.

M.V.H.: W trakcie pandemii wiele biznesów z różnych dziedzin życia przeniosło się do internetu. Czy galeria sztuki mogłaby istnieć wyłącznie online?

G.N.: Galeria sztuki to bardzo złożona struktura, składa się z grupy osób, które mają do siebie zaufanie – artystów, galerzysty i ich wzajemnych relacji. Jest miejscem spotkania z dziełem sztuki, ale też miejscem spotkania ludzi. Oczywiście, że mogłabym po prostu wysłać pdf z pracami artystów i ktoś, kto ma już wyrobione oko i bardzo dobrze zna twórczość danego artysty, mógłby się zdecydować na zakup takiej pracy. Ale 99,9% osób chce mieć bezpośredni kontakt ze sztuką. Zakup dzieła sztuki jest tak intymną sytuacją, że wymaga kontaktu jeden na jeden między odbiorcą a dziełem. Na płaskim ekranie trudno poczuć emocje, trzeba tego doświadczyć w przestrzeni, na żywo.

M.V.H.: Obecność twojej galerii w internecie wygląda na dobrze przemyślaną.

G.N.: Świadomie zrezygnowałam ze wszystkich mediów społecznościowych poza Instagramem. Uznałam, że lepiej skupić się na jednym i robić je dobrze. Instagramem zajmuje się moja współpracowniczka Kasia Legendź i jest w tym świetna. Bazą wiedzy o galerii jest oczywiście nasza strona internetowa, zaprojektowana przez studio Noviki. Bardzo ważny przy jej projektowaniu był dla mnie wybór fontu. W końcu postawiłam na NeuZeit Grotesk, taki tytuł będzie zresztą mieć nasza wystawa berlińskich artystów w maju 2022, która przywiezie trochę Berlina do Warszawy. To niemiecki, modernistyczny font z przełomu lat 1920. i 1930., używany na drogowskazach przy autostradach w Niemczech. Surowy i elegancki. Szukałam czegoś, co symbolicznie połączy moje dwa domy, między którymi żyję od czterech lat, Warszawę i Berlin.

Krzysztof Jung

Krzysztof Jung
In the Middle of the World
Gunia Nowik Gallery
Dec 4, 2021 – Jan 29, 2022

M.V.H.: Do Berlina zaprowadziła cię miłość do miasta, czy raczej do Berlińczyka?

G.N.: Do Berlińczyka, który tak naprawdę jest z Kolonii. Nigdy nie myślałam, że będę w związku z Niemcem, ale zawsze uwielbiałam Berlin – miasto łączące zachód ze wschodem, gdzie każdy może się szybko poczuć jak u siebie. W szkole, gdy miałam do wyboru francuski lub niemiecki, bez wahania wybrałam francuski. Dzisiaj uczę się niemieckiego, ale nie mam ambicji, żeby rozmawiać w tym języku o sztuce, raczej chodzi o to, żeby kupić chleb i warzywa na targu. Zawsze uważałam, że jeżeli mieszka się w jakimś kraju, to dobrze jest rozumieć podstawową tkankę miejską, chociażby napis na szyldzie na ulicy, żeby móc czuć się tam jak w domu. W domu rozmawiamy po angielsku, ale też dosyć mocno mieszamy języki. To jest taki nasz własny „sprachmüll“ – językowy śmietnik.

M.V.H.: W jakiej kondycji jest dzisiaj scena artystyczna w Polsce? Czy pandemia miała znaczący wpływ na rynek dzieł sztuki?

G.N.: Podczas pierwszego lockdownu myśleliśmy, tak jak wszyscy, że świat się kończy. Ale dosyć szybko okazało się, że podobnie jak w przypadku rynku dóbr luksusowych, pandemia nie zachwiała znacząco rynkiem dzieł sztuki. Niedawno odbyła się 11 edycja Warsaw Gallery Weekend. Jedenaście lat! Gdy wspominam pierwszą edycję, to pamiętam garstkę ludzi, którzy przychodzili do galerii, a dziś stoją przed nimi kolejki. W ciągu minionej dekady rynek sztuki w Polsce niesamowicie się rozwinął. W pokoleniu naszych rodziców mało kto kolekcjonował sztukę współczesną, nie interesowali się designem, bo byli bardziej skupieni na zaspokajaniu podstawowych potrzeb. Teraz Polska znajduje się w takim momencie rozwoju, w którym te podstawowe potrzeby wielu ludzi są już zaspokojone i potrzebują oni czegoś więcej, czegoś dla ducha. Tym czymś często jest sztuka. Nasze pokolenie jest bardzo świadome, poszukujące. To my dokonujemy tej zmiany.

M.V.H.: Co miało największy wpływ na popularyzację sztuki w Polsce?

G.N.: Na pewno takie wydarzenia jak wspomniany wcześniej Warsaw Gallery Weekend, dynamicznie rozwijające się Towarzystwa skupione wokół ważnych instytucji sztuki współczesnej: Towarzystwo Przyjaciół Zachęty Sztuk Pięknych, Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Sztuki Nowoczesnej, którego nowy budynek właśnie powstaje. Wcześniej ludzie wchodzący do cichej, pustej galerii czuli się skrępowani, dziś robią to dużo swobodniej, a młodsze pokolenie już w ogóle nie ma z tym problemu, co jest wspaniałe.

M.V.H.: Czy żeby inwestować w sztukę, trzeba się na niej znać?

G.N.: Nie lubię mówić o „inwestowaniu w sztukę”. Jest to oczywiście jakaś forma inwestycji (na początku w siebie), choć bardziej dla naszych dzieci, niż dla nas samych, ale nie znam wśród kolekcjonerów osób, które kupowałyby sztukę tylko i wyłącznie w ramach inwestycji. Nie trzeba się znać na sztuce, trzeba być otwartym na jej poznawanie, sztuka otwiera horyzonty, buduje relacje.

M.V.H.: Kim w takim razie są współcześni kolekcjonerzy w Polsce?

G.N.: To osoby bardzo ciekawe świata i innych, otwarte na nowe, które mają wewnętrzną potrzebę, żeby ze sztuką być, bo ona rezonuje z ich życiem i ze światem nam współczesnym.

chylak-gunia-nowik-10
Iza Tarasewicz, Vortex, 2021, oxidized steel, 145 x 130 x 130 cm

Iza Tarasewicz, Vortex, 2021, stal oksydowana, 145 x 130 x 130 cm

M.V.H.: Otwierając Gunia Nowik Gallery nie zdecydowałaś się na zbiorową wystawę prac wszystkich artystów, których reprezentujesz, tylko postawiłaś na indywidualną wystawę Izy Tarasewicz. Dlaczego?

G.N.: Otwarcie wystawą zbiorową byłoby rzeczywiście najbardziej naturalne, ale ważne było dla mnie, żeby zacząć od wystawy silnej artystki, kobiety. Moje odejście z poprzedniej galerii, gdzie pracowałam w duecie, było moją własną drogą do emancypacji. Wierzę w kobiety i ich siłę, jako galeria reprezentuję pięć kobiet i dwóch mężczyzn, jesteśmy więc w większości. Zależało mi również na tym, żeby otworzyć wystawą artystki, z którą wcześniej nie pracowałam. Iza jest wspaniałą rzeźbiarką, a rzeźba jest też idealnym punktem odniesienia do tego, by przedstawić nowe miejsce. Rzeźba zmusza cię do ruchu w przestrzeni.

M.V.H.: Inauguracja galerii jako pretekst do spotkania dwóch silnych kobiet?

G.N.: Tak! Znamy się od wielu lat, obserwowałam co robi, widziałam wiele jej wystaw, ale nigdy wcześniej nie pracowałyśmy razem. Cała wystawa powstała specjalnie do tej przestrzeni. Iza mieszka i pracuje na podlaskiej wsi, w okolicach Białegostoku, w otoczeniu 120 kur, które hoduje jej mama, sześciu psów, kilku kotów, maszyn rolniczych należących do jej dziadków. Jej pracownia znajduje się w stodole. Mieszka tam z mężem, pochodzącym z Kalifornii krytykiem i kuratorem sztuki. Motywem przewodnim tej wystawy była kolektywność, praca wspólna. Stąd wiele połączonych rąk, jak w Mazurku – Iza od lat bada taniec ludowy. To także nawiązania do maszyn rolniczych – tancerze wirujący wokół własnej osi w Mazurku są jak trybiki w maszynie. Człowiek jako maszyna, ale też wspólnota ludzi. Tym jest właśnie galeria sztuki, wspólnotą ludzi.

M.V.H.: Kolejną wystawą była „YOU ARE TOO CLOSE” Jakuba Glińskiego w ramach Warsaw Gallery Weekend, któremu oddałaś do dyspozycji galeryjną przestrzeń na dwa tygodnie przed wernisażem.

G.N.: Tak, poszłam za tym w jaki sposób Kuba na co dzień pracuje – wielokrotnie podświadomie przemalowuje, wymazuje, zamalowuje kolejne warstwy obrazu. Prawie wszystkie obrazy na wystawie powstawały do pewnego etapu w pracowni, a następnie zostały przewiezione do galerii, gdzie Kuba przez ponad tydzień zostawał z nimi sam i malował. Dałam mu też do dyspozycji największe płótno w jego życiu (320 x 450 cm), które zostało nabite na krosno w galerii i musiało powstać w całości na miejscu. Kuba często pracuje w trybie nocnym, więc zaryzykowałam i oddałam mu całą przestrzeń. Kuba spontanicznie reaguje na różne sygnały ze świata zewnętrznego, a następnie transmituje je na swoje płótna. To sytuacja niemal terapeutyczna – skonfrontowanie artysty z ogromnym płótnem, jakiego w pracowni nigdy nie byłby w stanie umieścić. Ta skala to manifest.

M.V.H.: Gliński chętnie eksperymentuje z redukcją, niekiedy zamalowane na biało są dwie trzecie obrazu. Nie bałaś się, że może nic z tych prac nie zostać, że może przesadzi?

G.N.: Były takie momenty, gdy myślałam „świetny jest ten etap, tu powinien się zatrzymać, nie zamalowywać tego". Ale byłam z siebie dumna, że potrafiłam powstrzymać się od ingerencji, że go nie zatrzymałam. Zaufałam i powiedziałam mu, że sam będzie wiedział najlepiej kiedy ten obraz jest skończony. Byłam wtedy w Szwajcarii i Kuba codziennie wysyłał mi zdjęcie nowej wersji wielkiego obrazu, każdego ranka, po przebudzeniu zastanawiałam się co mnie czeka tym razem. Ostatnie noce przed wernisażem nie spałam zbyt dobrze, za dużo emocji. Ale możliwość wzięcia udziału w procesie tworzenia, do którego zazwyczaj artyści nas nie dopuszczają, była naprawdę fascynująca.

Jakub Gliński working on his solo show YOU ARE TOO CLOSE, Gunia Nowik Gallery, 2021

Jakub Gliński podczas pracy nad jego wystwą indywidualną YOU ARE TOO CLOSE, Gunia Nowik Gallery, 2021

chylak-gunia-nowik-9
chylak-gunia-nowik-11

M.V.H.: Zawsze znajdujesz kupców, na prace, które wystawiasz?

G.N.: Iza ma wyrobioną pozycję w świecie sztuki. W tej chwili w Zachęcie znajduje się jej duża instalacja, właśnie otworzyła się jej wystawa w Malmo, latem otwiera się w Glasgow, była na biennale w Sao Paulo, będzie na documenta15 w Kassel. To artystka o międzynarodowej rozpoznawalności, która od kilku lat nie miała reprezentacji w Polsce. W takim przypadku kolekcjonerzy już znają jej prace i chętnie włączają je do swoich kolekcji. Ale obrazy Jakuba, będącego na początku międzynarodowej drogi, też znalazły swoje nowe domy – to jest świetne malarstwo, bardzo osobny i szczery język, który rezonuje z odbiorcą. Myślę, że jeśli prace są dobre, zawsze znajdzie się ktoś, kto chciałby z nimi żyć. Ja sama od lat kupuję prace ze swoich wystaw, bo są dla mnie ważne i nie mogę się z nimi rozstać.

M.V.H.: Zdarza ci się sprzedać jakąś pracę, komuś kogo nie znasz?

G.N.: Zawsze jest to okazja do poznania. Sprzedaję kolekcjonerom, każdego z nich znam osobiście, wiem do jakiej kolekcji trafiają prace artystów, z którymi pracuję. Kupowanie sztuki jest dla mnie tak osobistym, intymnym wydarzeniem, że nie ma innej drogi.

M.V.H.: I sama jesteś kolekcjonerką.

G.N.: Oboje z moim partnerem, który również prowadzi galerię, ale w Berlinie, mamy prace artystów, z którymi pracujemy, ale nie tylko. Pierwsza rzecz, którą kupiliśmy razem jest autorstwa brytyjskiego artysty Eda Atkinsa – to rysunek zaciśniętej silnej pięści. Wybraliśmy go po obejrzeniu jego wystawy w Brukseli. Ze wszystkich rysunków wspólnie wybraliśmy siłę.

M.V.H.: Bardzo symbolicznie, jak ilustracja power couple.

G.N.: Wisi przy wejściu w naszym domu w Berlinie. Kolekcjonowanie zawsze jest bardzo osobiste, dużo o nas mówi, tego nie da się uniknąć.

M.V.H.: A jaki jest twój stosunek do mody? Czy jest ważną formą ekspresji, pomaga ci w pracy?

G.N.: Oczywiście. Jakiś czas temu odkryłam, że w sytuacjach zawodowych najpewniej czuję się w garniturze, i od tamtej pory stał się on moim uniformem, w pracy noszę wyłącznie garnitury, najczęściej szyte przez mojego berlińskiego przyjaciela na miarę. Klasyczny power dressing. Garnitur wywodzi się z męskiej garderoby, świat sztuki, i świat ogólnie, zdominowany jest przecież przez mężczyzn, a ja wierzę w siłę kobiet!

M.V.H.: Właśnie to zmieniamy.

G.N.: Dokładnie!

M.V.H.: Ale na zdjęciu profilowym masz na sobie sukienkę.

G.N.: To wyjątkowa rzecz, zaprojektowana przez moją przyjaciółkę z Paryża Vavę Dudu. Vava jest artystką, pracowała m.in z Jean Paulem Gaultierem, projektowała stroje dla Lady Gagi. Tę sukienkę wysłała mi w prezencie, gdy dowiedziała się, że otwieram nową galerię. Są na niej słowa mojej ulubionej piosenki zespołu „La Chatte”, założyłam ją na moje urodziny. Bo w galerii jednak muszę mieć na sobie marynarkę i spodnie.

M.V.H.: Jakie masz plany na najbliższe miesiące?

G.N.: Mam plan wystaw na półtora roku i wiem już nawet co pokażemy na Warsaw Gallery Weekend za dwa lata. 4 grudnia otworzyliśmy dwie ważne, równoległe wystawy, które potrwają do końca stycznia. Pierwsza z nich to wystawa Teresy Gierzyńskiej, bardzo ważnej dla mnie artystki, z którą pracuję od prawie ośmiu lat. Jej cykl „O niej” nazywam mistycznym feminizmem. Przez lata analizowała pozycję kobiety w społeczeństwie, poprzez codzienne fotografowanie głównie siebie lub modelki (córki, przyjaciółki) i określanie jej emocjonalnego stanu. 9 grudnia rozpoczęła się retrospektywa Teresy w Zachęcie, kuratorowana przez Joannę Kordjak. W galerii postanowiłyśmy pokazać prolog do tej wystawy – idący w stronę pejzażu, badania emocji, z zarysowaną tylko sylwetką kobiety. Teresa Gierzyńska była żoną Edwarda Dwurnika, z którym się później rozwiodła. Jest to więc także historia o emancypacji kobiety. To casus artystki, która latami tworzyła do szuflady, a teraz nadszedł jej czas i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. W ciągu ostatnich lat jej prace trafiły do najlepszych kolekcji, takich jak Centre Pompidou czy Art Institute of Chicago. Na jej zasłużoną retrospektywę czekam od lat – jest ona ważna tym bardziej, że to ostatnia wystawa za rządów Hanny Wróblewskiej w Zachęcie. Równolegle, wspólnie z Karolem Sienkiewiczem, przygotowaliśmy wystawę Krzysztofa Junga – bardzo ważnej postaci sceny queerowej w Polsce lat 80. i 90, która inauguruje reprezentację spuścizny artysty przez galerię. Te dwie wystawy to manifesty. Emancypacja kobiet i queer. Pokazanie ich jest dla mnie bardzo ważne osobiście, również ze względu na sytuację polityczną w Polsce.

Ulubione miejsca w Berlinie

  1. Ora Berlin - restauracja ze świetnym winem, w byłej XIX-wiecznej aptece
  2. Sale e Tabacchi - włoskie, klasyczne dania w eleganckim wnętrzu
  3. Two Trick Pony at Südstern - najlepsza, słona, gorąca czekolada w mieście
  4. Prinzenbad - basen na świeżym powietrzu, świetny na przerwy podczas home office
  5. Hasenheide - miłe ścieżki do biegania w parku
  6. Wannsee - ulubione miejsce do żeglowania, 30 minut od domu
  7. Salon Splendido - masaż kobido dla Twojej twarzy i duszy
  8. Campbell ręcznie robione okulary - jeśli kiedyś będziesz ich potrzebować
  9. Kino International na Karl-Marx-Alle - stylowe kino z czasów Wschodniego Berlina, prawdziwy wehikuł czasu
  10. Patina na Kreuzberg i Chairs na Prenzlauer Berg - klasyczny design, nie tylko krzesła
  11. Haus Lemke by Mies van der Rohe - przyjemna wycieczka dla miłośników architektury
  12. June - poza wszystkimi wspaniałymi galeriami w Berlinie, dobrze będzie odwiedzić tę przestrzeń projektową na Strausberger Platz z ambitnym programem wystaw
Czytaj dalej
Monica Ainley de La Villardière
Doceniam trendy i nie ma nic złego w ubieraniu się tak jak one podpowiadają, ale nigdy się na nich nie skupiam. Wolę wybierać to, co odpowiada mi osobiście.
Close navigation