Ola Niepsuj

Czasem udaje mi się przekonać wydawcę książki dla dzieci, żeby burmistrzem miasta była kobieta, czy, żeby chłopiec bawił się w gotowanie, a nie w wyścigi samochodowe

Tekst: Maja von Horn
Ilustracje: Ola Niepsuj
Zdjęcia: Piotr Maciaszek

Kiedy Oli Niepsuj udaje się wykorzystać ilustrację do walki o równość płci, wolność czy tolerancję, czuje, że jej praca może mieć głębszy sens, że nie jest tylko autorką urokliwych grafik. Rysunek pasjonował ją już w dzieciństwie, kiedy razem z bratem chodziła na zajęcia plastyczne prowadzone przez parę studentów-hipisów z łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. To oni, wraz z jej rodzicami, zaszczepili Oli miłość do sztuki.

Kilkanaście lat później na tej samej uczelni ukończyła z wyróżnieniem wydział grafiki i malarstwa. Studiowała też w portugalskich Escola Superior de Artes e Design w Matosinhos oraz Universidade do Porto na Wydziale Sztuk Pięknych.

Dzisiaj jest artystką wszechstronną – tworzy ilustracje do książek i prasy, projektuje plakaty, identyfikacje wizualne, infografiki. Zdarza jej się też pracować dla branży mody – do projektów zegarków, skarpetek czy wzorów na bieliznę wnosi lekkość i typowe dla siebie poczucie humoru.

Jej charakterystyczny, dowcipny styl został doceniony na wystawach na całym świecie, m.in. w Japonii, Stanach Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Niemczech, we Włoszech, w Boliwii czy na Kubie. Ilustracje, którymi błyskotliwie komentuje rzeczywistość, publikowały gazety takie jak „The New York Times” i „The Wall Street Journal”. Gdy rozmawiamy, ma na sobie bluzkę z przeskalowanym żółtym kołnierzem wyciągniętym na białą bluzę, spodnie i kolorowe sneakersy. Jeden detal, jak kołnierzyk, a tyle informacji – dystans, poczucie humoru, pewność siebie.

ola-niepsuj-tyle-ile-trzeba

Wystawa prac Oli „Tyle ile trzeba” w Galerii BWA w Bydgoszczy
19.06.2020 - 01.08.2020

„Pracując z Amerykanami nauczyłam się, jak ważne jest to, żeby nie powielać stereotypów”

Maja von Horn Rozmawiamy kilka miesięcy po wybuchu epidemii koronawirusa. Jak ta sytuacja wpłynęła na twoją pracę?

Ola Niepsuj W mojej pracy niewiele się zmieniło. Mam kilka dużych projektów do dokończenia, nad którymi pracuję od paru miesięcy. Do swojego studia na Mokotowie zawsze jeżdżę na rowerze, niezależnie od pogody. Pokonanie trasy z domu do pracy zajmuje mi siedem minut. Niczego po drodze nie dotykam, z nikim się nie spotykam.

M.v.H. Nie masz obaw, że teraz trudniej będzie dostać zlecenie?

O.N. Mam kilku stałych zagranicznych klientów. To dzięki agencji „Marlena Agency” w Nowym Jorku, która mnie reprezentuje. Obsługują całe Stany Zjednoczone, Kanadę i Australię. Specjalizują się w wyszukiwaniu europejskich ilustratorów – mamy inny język wizualny, estetykę i narrację niż ilustratorzy amerykańscy.

Izolacja, ilustracja Oli Niepsuj

M.v.H. Jak trafiłaś do tej agencji?

O.N. Wysyłałam portfolio do wielu anglojęzycznych agencji, również w Skandynawii czy w Wielkiej Brytanii. Tej nowojorskiej poleciła mnie Agata Endo Nowicka, która też jest ich podopieczną. To było ponad osiem lat temu, wtedy ilustracja nie miała jeszcze tak ugruntowanej pozycji jak dziś, było nas mało, wszyscy się znaliśmy. Na spotkaniu zaiskrzyło i udało się rozpocząć współpracę.

M.v.H. Twoje ilustracje publikowały gazety takie jak „The New York Times” czy „The Wall Street Journal”. To duże wyróżnienie.

O.N. Byłam świeżo po studiach na wydziale grafiki i malarstwa łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, poczułam się bardzo doceniona. Pierwsze publikacje w amerykańskiej prasie łechcą ego, dodają pewności siebie. Pamiętam, jak sprowadzałam je do Polski przez znajomych, żeby mieć oryginały na pamiątkę. Do dziś trzymam je w pudełku. Publikacje w prasie ekscytują mnie najbardziej, są niezwykle ważne dla rysownika. Dają prestiż i przyciągają komercyjnych klientów.

M.v.H. Kto jest wśród twoich stałych klientów?

O.N. Na przykład Azlo – amerykański start-up zajmujący się bankowością internetową dla małych firm. Od roku pracuję z nimi nad oswajaniem bankowości on-line, tłumaczeniem trudnych problemów za pomocą ilustracji. Bardzo odważny klient, wybrał najbardziej awangardową z moich propozycji. Do tej pory zawsze odczuwałam dysonans pomiędzy zleceniami z Europy, a tymi ze Stanów. Europa jest bardziej artystyczna, chętniej ryzykuje, potrafi być awangardowa. Stany są bardziej komercyjne, ostrożne, wyważone, a przy tym bardziej wyczulone na kwestie równości, poprawności genderowej, politycznej, parytetów. To sprawia, że prace w rezultacie są nieco bardziej konserwatywne.

M.v.H. Jednym z twoich zagranicznych klientów jest wydawnictwo „Taschen”, z którym współpracujesz od dwóch lat. Czym ich do siebie przekonałaś?

O.N. Zaprojektowałam dla nich serię pięciu książek podróżniczych, która została napisana przez dziennikarzy z „The New York Times”. Przy takich zleceniach agencja wystawia kilka osób do przetargu. Każdy dostaje ten sam temat, 24 godziny na przedstawienie koncepcji, a po etapie szkiców klient wybiera, z kim chce pracować. Ilustracje, które zaproponowałam, były zupełnie inne od tych, które ukazały się w książce. Zostały „wyprasowane” na potrzeby globalnego rynku. Nie jest to może mój najlepszy projekt, jeśli chodzi o wartość artystyczną czy merytoryczną, ale jego skala przerasta wszystkie inne zlecenia. Książki przyjeżdżają do mnie z Chin na paletach, cały czas dostaję nowe wersje językowe – po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, francusku. Bardzo dużo się przy tym projekcie nauczyłam. Ze względu na jego globalną skalę, każdy rysunek musiał przejść korektę poprawności politycznej – sprawdzano, czy postacie zamieszkujące dane regiony mają odpowiedni kolor skóry, czy na ilustracji jest zachowana równość płci, równość rasowa, czy żadna z narysowanych postaci nie pokazuje gestu, który w jakimś kraju mógłby być obraźliwy, itd. W Polsce nie myślimy o tym zbyt wiele, ale pracując z Amerykanami, nauczyłam się, jak ważne jest, żeby nie powielać stereotypów, żeby nie pokazywać kobiety o azjatyckich rysach jako programistki, kiedy można narysować, jak szaleje na skuterze wodnym.

M.v.H. Jesteś bardzo wszechstronną artystką, projektujesz plakaty filmowe, tworzysz ilustracje do książek dla dzieci i dla dorosłych, zajmujesz się wzornictwem, a nawet i modą. Nie masz jednego ulubionego medium?

O.N. Gdybym miała robić tylko jedną rzecz, to szybko znudziłabym się zawodem. Poza tym bałabym się, że się powtarzam. A tak rano składam album o Janie Pawle II, po południu robię książkę o wegańskiej kuchni [Jadłonomia po polsku Marty Dymek – przyp. red.], później ilustruję książkę o polskim designie, a na koniec artykuł do magazynu „Nature” o bakteriach w jelicie grubym. Nie ma nudy. Jeśli chodzi o środki, to najbardziej lubię typografię i ilustrację. W plakacie przenikają się one najswobodniej. Uwielbiam także pracę z tekstem, czyli ilustrację, zarówno prasową, jak i dla dzieci, projektowanie okładek i infografik. Najciekawszy jest dla mnie etap researchu. Uwielbiam zagłębiać się w tematy, w które nigdy bym się nie zagłębiała, gdyby nie dane zlecenie. Im bardziej abstrakcyjne, tym lepiej. Pamiętam, jak musiałam dowiedzieć się wszystkiego o dinozaurach, żeby zilustrować książkę dla dzieci. Tu nie ma miejsca na pomyłki, pięcioletniego dziecka nie oszukasz. Wiadomo, że spinozaur musi być większy od triceratopsa.

M.v.H. A jakie projekty odrzucasz?

O.N. Te, które są niezgodne z moim systemem wartości. Odmawiam ilustrowania książek czy projektów powielających stereotypy, niezgodnych z takimi wartościami jak równość czy wolność.

M.v.H. Mówisz im szczerze, z czym masz problem, czy po prostu odmawiasz i już?

O.N. Jeśli widzę, że jest szansa na rozmowę, to zgłaszam swoje uwagi. Jeżeli wydawca jest otwarty, to czasem daje się przekonać. Na przykład zgadza się, żeby w książce dla dzieci postać burmistrza miasta zmienić na kobietę. Dzieci wszystko chłoną, myślę, że to ważny element edukacji społecznej.

M.v.H. Zdarza się, że wygrasz ważny przetarg, klient czeka na propozycje, a w twojej głowie pustka?

O.N. Oczywiście, jestem tylko człowiekiem. Im większy i ważniejszy projekt, tym częściej dopada mnie impas. Gdy wiem, że dana rzecz będzie miała dużą grupę odbiorców, odczuwam presję i wtedy pojawia się blokada.

jadlonomia

Jadłonomia po polsku
Marta Dymek
, ilustrowana przez Olę Niepsuj

Drzewo skojarzeń, ilustracja Oli Niepsuj

M.v.H. Co wtedy robisz?

O.N. Wracam do metod, których uczę studentów na moich warsztatach. Tworzę drzewo skojarzeń, zadaję sobie pytania: dla kogo to jest? Po co to jest? Jakie ma być? Jakich mam użyć środków? W znajdowaniu pomysłów trzeba nabrać wprawy. To zawód jak każdy inny, dentyście też dziesiąta plomba w karierze może wyjść średnia, ale tysięczną zrobi z zamkniętymi oczami.

M.v.H. Praca kreatywna to jednak nie to samo, pomysłów może zabraknąć.

O.N. Z czasem uczysz się sprawnego kojarzenia faktów, czerpania z ogólnej wiedzy kulturowej. Przełożenie tego na rysunek to już końcowa faza.

M.v.H. Samodyscyplina to twoja mocna strona?

O.N. Bardzo się staram, ale praca wolnego strzelca jest trudna, a artystycznego wolnego strzelca chyba najtrudniejsza. Trudno jasno określić czas, który poświęciło się pracy. Zachowuję dyscyplinę, jeśli chodzi o archiwizację, podatki, umowy. To wszystko robię sama, lubię mieć kontrolę nad biznesową stroną zawodu. Dopiero jak pracuję nad ponad dwudziestoma zleceniami naraz, to zatrudniam kogoś do pomocy. Nie mam nawet czasu, żeby zrobić sobie stronę internetową.

M.v.H. No właśnie, nie masz strony internetowej!

O.N. Szewc bez butów chodzi.

M.v.H. To z braku czasu?

O.N. Zaczęłam obrastać w ukończone rzeczy, wszystko archiwizuję. Bardziej mnie fascynują nowe projekty niż grzebanie się w starych.

M.v.H. Po prostu nie potrzebujesz strony internetowej.

O.N. Nauczyłam się od rodziców, że jeden zadowolony klient, to dziesięciu następnych. Nigdy nie musiałam szukać pracy. Ale chciałabym wreszcie zrobić tę stronę i zebrać na niej wszystkie swoje prace. Nawet mój chłopak ich wszystkich nie widział.

M.v.H. À propos rodziców. Jak wspominasz dzieciństwo na łódzkim blokowisku w latach dziewięćdziesiątych?

O.N. W tamtym czasie bloki były typową scenerią, nie czułam, żebyśmy odstawali od innych. Mój tata skończył architekturę i budownictwo, mama też jest po budownictwie. Wspólnie od lat prowadzą firmę zajmującą się architekturą przemysłową. Specjalizują się w projektowaniu fabryk produkujących leki. Mój dwa lata starszy brat Piotr też skończył architekturę, ale dziś jest wziętym fotografem w Mediolanie, gdzie mieszka. Kiedy zaczęłam podstawówkę, dość szybko przeprowadziliśmy się do domu projektu taty. Dzielnica wtedy dopiero powstawała, nie było jeszcze dróg, a w pustostanach i na budowach szukaliśmy skarbów.

M.v.H. Jak wyglądało wasze dzieciństwo?

O.N. Rodzice od najmłodszych lat oswajali nas ze sztuką, zabierali na wszystkie możliwe wystawy. Widać było, że ich samych to fascynuje, że jest im to potrzebne, żeby mieć odskocznię od codzienności lat dziewięćdziesiątych.

M.v.H. Dokąd chodziliście?

O.N. Na przykład do galerii Atlas Sztuki na ulicy Piotrkowskiej. Mieli tam świetne wystawy grafiki abstrakcyjnej, którą mój tata kolekcjonuje do dziś. Chodziliśmy też do Miejskiej Galerii Sztuki, na wystawy małych form grafiki na ulicy Wólczańskiej, na Międzynarodowe Triennale Tkaniny, wystawy w Pałacu Poznańskiego, gdzie sprowadzano dzieła Picassa i innych wielkich artystów. Czasami tata zabierał nas też na aukcje sztuki, to była wielka frajda. Od dziecka chodziliśmy również na kurs rysowania, do wspaniałej pary Jolanty i Piotra Mastalerzów. Na studiach zorientowałam się, że przerabiali z nami – kilkuletnimi dziećmi – program akademii. To były niesamowicie rozwojowe zajęcia, uważam, że każde dziecko powinno je mieć w szkole. Rzeźba, szkło, ceramika, fotografia, historia sztuki. Wysypywali na stół przybory i mówili: „dzisiaj będziemy robić kompozycję zamkniętą rytmiczną”. Bardzo hipisowskie kółko plastyczne, prowadzili je na strychu własnego mieszkania.

M.v.H. To dzięki nim zdawałaś na ASP?

O.N. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale to na pewno był ważny impuls. Wiedziałam, że jeszcze dużo muszę się nauczyć – w Polsce na szczęście akademia nadal oferuje zajęcia ogólne ze sztuki dla studentów grafiki na bardzo wysokim poziomie – malarstwo i rysunek, rzeźbę i kompozycję. Za granicą pomija się te fakultety, a dają bardzo solidne podstawy. Trzeba umieć narysować gołą babę na drabinie, wszystkie kości musi mieć na swoim miejscu.

Goła baba stojąca na drabinie, ilustracja Oli Niepsuj

M.v.H. W czasie studiów wyjechałaś na rok do Porto.

O.N. Tak, spędziłam tam dwa semestry w ramach wymiany Erasmus. To było wspaniałe doświadczenie, również życiowe. Na uczelni panowała inna atmosfera, tamtejsi nauczyciele to młodzi, aktywni zawodowo graficy z własnymi studiami projektowymi. Gdy wychodzą z zajęć na uczelni, to nie idą czytać klasyków na werandzie, tylko sami projektują, są doskonale obeznani z programami komputerowymi, z biznesową stroną zawodu. Myślę, że połączenie tych dwóch podejść to klucz do sukcesu. Na portugalskich uczelniach brakuje podstaw, rzemiosła, a w Polsce praktyki rynkowej, znajomości nowych technologii. Na szczęście to już się zmienia.

M.v.H. Po studiach wyjechałaś do Nowego Jorku w ramach współpracy z tamtejszym undergroundowym teatrem. Jak do tego doszło?

O.N. Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, koszty życia totalnie mnie przerosły. Pierwsze mieszkanie wynajęłam z fotografką Gosią Turczyńską. Zdarzyło nam się, że nie zapłaciłyśmy za internet, więc został odłączony. Żeby wysłać projekt, nad którym pracowałam, musiałam iść do kawiarni. Przy stoliku obok siedział facet, który natrętnie mi się przyglądał, zaglądał przez ramię, sprawdzał co robię. Okazało się, że to amerykański dramaturg, który przyjechał do Warszawy na zaproszenie Instytutu Adama Mickiewicza i chciał pokazać polskie sztuki teatralne na swoim Underground Festival w Nowym Jorku. Zapytał, czy nie chciałabym zrobić identyfikacji wizualnej dla teatru. Skorzystałam z tej propozycji, przede wszystkim po to, żeby pojechać do Nowego Jorku. Przy okazji wzięłam udział w tamtejszej wystawie polskich ilustratorów.

M.v.H. Ten wyjazd był krokiem milowym w twojej karierze?

O.N. Chyba tak. W Nowym Jorku poznałam środowisko ilustratorów, z kilkoma się zaprzyjaźniłam. Rozpoczęła się moja trwająca do dziś przygoda z wyjazdami, wystawami i zagranicznymi warsztatami.

M.v.H. Które warsztaty były najciekawsze?

O.N. Najlepiej wspominam te w Jerozolimie, w prestiżowej Bezalel Academy of Arts and Design, gdzie uczyłam przez tydzień. Mam wrażenie, że to ja więcej uczę się od studentów niż oni ode mnie. Mają bardzo ciekawy bagaż kulturowy, zupełnie inny od naszego. Tuż przed pandemią prowadziłam warsztaty z ilustracji na Akademii w Rydze i myślenia plakatowego na Uniwersytecie w Budapeszcie.

M.v.H. A które wspominasz najgorzej?

O.N. W Tokio. Sporo się dzięki temu dowiedziałam o Japonii, jak diametralnie inna może być kultura wizualna. Mieliśmy duży problem z tłumaczeniem, wydaje mi się, że tłumaczka nie znała nomenklatury projektowania. Dając studentom zadanie do wykonania, użyłam słowa „space”, chodziło mi o przestrzeń w rysunku. Wyszłam na kilka minut, a gdy wróciłam, zobaczyłam, że studenci robią rzeźby z papieru zamiast ilustracji.

M.v.H. „Lost in Translation”.

O.N. Dokładnie! Ale zakochałam się w samej Japonii, w jej odrębności. Z Tokio pojechałam do Kioto i kilku innych miejsc. Wizualnie jest to fascynujący kraj, do tej pory czerpię inspiracje z tej podróży. Przez to, że japońskie pismo jest obrazkowe, to logotypy są zupełnie inne, japońskie dzieci tworzą rysunki izometrycznie, a nie, jak my na Zachodzie, w linii horyzontu, z uśmiechniętym słoneczkiem na górze. To fascynujące, nie tylko z punktu widzenia grafiki. Byłam tam sześć lat temu, wciąż oglądam kupione w antykwariacie książki i zdjęcia szyldów, a dosłownie wczoraj chodziłam w spodniach, które przywiozłam z tokijskiego lumpeksu.

ola-niepsuj-1
Ola Niepsuj 5

M.v.H. Masz świetny styl, który podkreśla twoją osobowość. Czy moda jest ważna dla ciebie?

O.N. Lubię modę, czasem nawet projektuję wzory, identyfikacje czy opakowania dla różnych marek. Ubieranie się przypomina mi sklejanie kolażu – kolory, faktury, wzory i gramatury tkanin w określonych kształtach układam w wesołe kompozycje. Jeśli chodzi o mój własny styl, to jestem bardzo wybredna. Nie mam dużo ubrań, ale wśród tych, które mam, nie ma rzeczy przypadkowych. Ten codzienny nazywam stylem „cioci z Ameryki” – spodnie, buty sportowe, bluza – wszystko w wesołej palecie kolorystycznej. Czasem jednak lubię sobie kupić coś wystrzałowego. Noszę tylko naturalne materiały, wszystkie swoje ulubione ubrania kupiłam w lumpeksach. Na akademii przyjaźniłam się ze studentami projektowania mody, na każdej przerwie między zajęciami chodziliśmy do second-handów. Niektóre rzeczy mam do dziś, są nie do zdarcia. Jako studentce ASP nie wypadało mi ubierać się w sieciówkach, zresztą nie było mnie stać, żeby zaplamić farbami nowy żakiecik. Za pierwsze zarobione dolary kupiłam sobie w Nowym Jorku buty Cole Haan x Nike – wyglądają jak babcine, z brązowej plecionej skóry z zielonymi przeszyciami. Gdy je założę, zawsze ktoś mnie zaczepia na ulicy i o nie pyta – nie tylko emerytki! Lubię otaczać się ubraniami i przedmiotami, które są trochę dziwne, zabawne, rozśmieszają mnie. Dziwne rzeczy są inspirujące, lubię je łączyć z klasyką. Tak jak stolik w kształcie muchomora na marmurowej podłodze.

M.v.H. Dwa lata temu z powodu złamanej nogi przez kilka miesięcy poruszałaś się na wózku inwalidzkim. Jak to na ciebie wpłynęło?

O.N. To było głęboko oczyszczające doświadczenie. Kiedy musisz prosić innych, żeby zanieśli cię do toalety w restauracji, zaczynasz doceniasz to, jak dużo swobody masz na co dzień. Myślę, że podobny wpływ może mieć na ludzi dzisiejsza pandemia. Ludzie zaczną zauważać i doceniać to, co mają – rodzice bardziej docenią szkoły i przedszkola, każdy doceni możliwość wyjścia z domu bez maseczki i zaciągnięcia się zapachem bzu. To jest moje marzenie, żebyśmy nie zapomnieli o tym, jak niewiele nam do szczęścia potrzeba. Ostatnio w związku z pandemią przestałam śledzić „chorobowe” newsy. Wiem, że jak przeczytam czy obejrzę za dużo złych wiadomości, nie mogę się później skupić na pracy, nie mogę zrobić śmiesznego rysunku czy ilustracji do gazety dla dzieci. Podobnie niepokoi mnie obecnie polityka. W czasach kryzysu cieszę się, kiedy mogę graficznie wesprzeć fajną inicjatywę. Odrzucam projekty promujące odmienny od mojego światopogląd, ale z drugiej strony chętnie wspieram te bliskie mojemu systemowi wartości. Uczestniczę w manifestacjach, biorę udział w społecznych akcjach komunikacyjnych jak te inicjowane przez „Demokrację ilustrowaną” – „Graficy medykom”, „Trzydzieści lat wolności”. Wtedy czuję, że mój zawód może mieć większy sens niż tylko sprawianie przyjemności czy sprzedanie jakiegoś produktu. Daje mi to poczucie misji i spełnienia.

ola-niepsuj-4

Ulubione Instagramy Oli

  1. Inspiration @micahlexier
  2. Illustration: @anttikalevi
  3. Graphic Design: @braulioamado
  4. Drawing: @shagey_
  5. Doodling: @molly.fairhurst
Czytaj dalej
Ania Jóźwiak i Stanisław Boniecki
W Nowym Jorku masz wrażenie, że wszyscy dookoła robią fajniejsze rzeczy od ciebie
Close navigation