Ania Jóźwiak i Stanisław Boniecki

W Nowym Jorku masz wrażenie, że wszyscy dookoła robią fajniejsze rzeczy od ciebie

Tekst: Maja von Horn
Zdjęcia: Stanisław Boniecki

Zanim sześć lat temu porzucili wygodne życie na warszawskim Mokotowie, by przenieść się na nowojorski Brooklyn, Ania Jóźwiak była wziętą modelką, a jej mąż, Stanisław „Bobrowiec” Boniecki – jak sam mówi – rozmieniał się na drobne jako DJ, fotoedytor i fotograf. Dzisiaj ona wyszukuje modelki do sesji zdjęciowych, kampanii reklamowych i pokazów mody, a jego zdjęcia publikują m.in. „Vogue”, „i-D”, „The Last Magazine”, „Harper’s Bazaar”, „Heroine”.

Są współtwórcami kampanii reklamowych wielu marek, takich jak Chylak, Opening Ceremony czy Le Petit Trou. Pod koniec maja 2020 roku, na kilka dni przed narodzinami ich pierwszego dziecka, syna Mikołaja, Ania pozowała przed obiektywem Staszka w ramach akcji charytatywnej marki Chylak, z której całkowity dochód przeznaczono na wsparcie Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Maja von Horn: Za chwilę zostaniecie rodzicami. Jak się czujecie?

Ania Jóźwiak: Czuję się świetnie. Ciąża przebiegała bardzo dobrze, bez żadnych problemów. Ale to nie znaczy, że bez przygód. Zaczęła się pandemia, wraz z nią lockdown, oboje zaraziliśmy się koronawirusem, a na koniec w naszej kamienicy wybuchł pożar.

Stanisław Boniecki: Na początku marca oboje byliśmy w Europie – Ania w związku z pracą na tygodniach mody w Londynie i Paryżu, ja spędziłem kilka dni we Francji na nartach. Ania wróciła do Nowego Jorku 9 marca, a cztery dni później wysłała mi w nocy esemesa, że następnego dnia granice USA zostaną zamknięte dla wszystkich osób bez amerykańskiego paszportu. Napisała, że jeśli tego dnia nie wrócę, mogę przegapić narodziny naszego dziecka. Od razu pognałem na lotnisko i wróciłem do Nowego Jorku ostatnim rejsowym lotem.

A.J.: Poddaliśmy się dwutygodniowej kwarantannie. Po 12 dniach oboje zaczęliśmy chorować. Ja całkowicie straciłam smak i węch, których nie odzyskałam do tej pory. Oboje mieliśmy gorączkę, krótki oddech. W ciąży to było wyjątkowo stresujące.

M.v.H.: Ledwie zdążyliście wyzdrowieć, a w waszej kamienicy wybuchł pożar. To chyba jednak nie jest ciąża bez problemów?!

S.B.: Przez całą ciążę oboje chodziliśmy wcześnie spać, najpóźniej o 22. Ale tego wieczoru nie spałem jeszcze o pierwszej w nocy, bo byłem umówiony na zdjęcia próbne przez FaceTime’a z modelką, która akurat przebywała na Syberii. Właśnie wtedy poczułem dym. Najpierw myślałem, że pali się mój rzutnik, później, że nie wyłączyliśmy piekarnika. Ale gdy wyszedłem na klatkę schodową, zobaczyłem kłęby dymu. Okazało się, że płoną schody i wewnętrzna ściana budynku. Przyjechało kilkanaście jednostek straży pożarnej, zamknięto całą ulicę.

A.J.: Ja w ogóle nie czułam dymu, bo przecież przez wirusa straciłam węch. Gdyby Staszek nie miał akurat nocnych zdjęć próbnych, kiepsko mogłoby się to skończyć.

M.v.H.: Z przygód, które przytrafiły się wam podczas izolacji, powstał piękny album ze zdjęciami – pisano o nim m.in. w „Another Magazine” czy „i-D”. Trudne czasy są inspirujące?

S.B.: Pracę nad tą książką zacząłem na samym początku izolacji. Po raz pierwszy byliśmy zmuszeni do tego, żeby tak dużo czasu spędzić w mieszkaniu. Na początku wydawało mi się to mało twórcze, myślałem, że znam tę przestrzeń zbyt dobrze, by mogło tu powstać coś ciekawego. Postanowiłem, że potraktuję tę sytuację jako eksperyment i będę dokumentował nasz lockdown. Przez cały ten czas czytałem dużo wiadomości i wypisywałem cytaty z różnych wypowiedzi. Później połączyłem te cytaty z moimi zdjęciami i tak powstała książka Stay Home, którą wkrótce planuję wydać.

P1090373 1960
P1090376 1960
P1090380 1960
P1090402 1960
P1090384 1960
P1090404 1960
P1090416 1960

M.v.H.: Co było dla was najtrudniejsze podczas izolacji?

A.J.: Staszek bardzo się stresował i nie pozwalał mi nigdzie wychodzić, nawet do sklepu. Były lepsze i gorsze dni, bywały też fatalne. Wcześniej mieliśmy do dyspozycji dach w naszej kamienicy, był to nasz odpowiednik tarasu, mogliśmy wyjść na powietrze. Po pożarze nic z niego nie zostało i byliśmy skazani na siedzenie non stop w mieszkaniu.

S.B.: Dla mnie najtrudniejsze jest poczucie utraty wolności, odebranie wszystkich przywilejów, które do tej pory mieliśmy.

M.v.H.: Jakie nastroje panują teraz w nowojorskim świecie mody?

A.J.: Cała branża ma przerwę, nikt nie pracuje. Pod koniec lutego forsowano wszystkie tygodnie mody, nie odwołano żadnych pokazów, jeszcze w marcu odbywały się sesje zdjęciowe – uważam to za skrajnie nieodpowiedzialne. Gdy wiele europejskich krajów już się zamykało, jeden z klientów chciał, bym ściągnęła modelkę z Holandii na sesję do Paryża. To bardzo egoistyczne podejście. Ale branża mody jest bezlitosna.

S.B.: Rynek pracy w Nowym Jorku zupełnie stanął. Do tej pory często latałem na sesje zdjęciowe do Europy, ale teraz – nawet gdy Europa zaczyna się otwierać – i tak nie polecę. Mamy w domu małe dziecko, to zbyt duże ryzyko.

A.J.: A ja bardzo tęsknię za pracą.

M.v.H.: Może okaże się, że pandemia zmieni branżę mody na lepsze? Zmiany były potrzebne od dawna, teraz nie ma już wymówek. Ograniczenie lotów to chyba jeden z plusów tej sytuacji. Może zmieni się wasz tryb pracy?

S.B.: Zgadzam się, że większość spotkań, na które latali ludzie zajmujący wysokie stanowiska, może się odbywać w trybie online. Sesje zdjęciowe też można robić lokalnie. Zdjęcia w Nowym Jorku? Bierzemy fotografa z Nowego Jorku. Zdjęcia w Paryżu? Bierzemy ekipę z Paryża itd. Byłoby super. Ale mam inne obawy. Boję się, że nasze zawody nieco się zdewaluują. Skoro w trakcie pandemii można robić zdjęcia bez ekipy, to później też pewnie tak będzie można. Czy dyrektor castingu nadal będzie potrzebny? Przecież teoretycznie agencja modelek może wysyłać propozycje bezpośrednio do klienta. Czy fotograf będzie potrzebny, skoro magazyny publikują już nawet sesje robione na telefonach?

A.J.: Myślę, że przetrwają tylko najmocniejsze nazwiska, z wyrobioną pozycją.

S.B.: Spora część branży na pewno przeniesie się do internetu. Ania co sezon latała na najważniejsze tygodnie mody, teraz pokazy mają być organizowane w formie wirtualnej. Agencje reprezentujące talenty w Nowym Jorku wysyłają już propozycje multimedialnych projektów, prezentacje 3D, cyfrowe zamienniki pokazów mody. Modelka na wybiegu niedługo może należeć do przeszłości.

A.J.: Ostatni fashion week w Londynie odbył się wirtualnie. Połączono damskie i męskie pokazy, wszystko w duchu gender-fluid.

M.v.H.: Myślicie, że to koniec tygodni mody, jakie znaliśmy do tej pory?

S.B.: Niekoniecznie. Ludzie w tej branży często mają wielkie ego, pokazanie siebie i swoich ubrań bywa ważniejsze niż kolekcje prezentowane na wybiegu. Muszą mieć gdzie to robić.

A.J.: Myślę, że moda zwolni tempo, do tej pory właściwie co trzy miesiące odbywał się jakiś fashion week.

S.B.: Wiele rzeczy się zmieni. Promowanie marek w mediach społecznościowych poprzez infulencerów też jest nieadekwatne do obecnej sytuacji na świecie. Na Instagramie funkcjonuje już tak dużo podobnych do siebie marek, że wszystko zlewa się w jedną całość. Specjaliści od marketingu na pewno ostro główkują, jak dostosować strategie promocji do nowej rzeczywistości.

Ania&Stanislaw

M.v.H.: Jesteście twórcami wszystkich kampanii reklamowych z ostatnich dwóch lat dla marki Chylak. Jak zrodził się na nie pomysł?

S.B.: Każdą z tych kampanii robiliśmy w innym mieście na świecie. Były: Nowy Jork, Paryż, Londyn, Rzym, a zdjęcia do najnowszej powstały w Zakopanem, w Domu pod Jedlami. Chciałbym w przyszłości zrobić dla nich zdjęcia również w Tokio. Kocham to miasto, ma bardzo specyficzny klimat, idealnie pasowałby do kosmopolitycznego wizerunku tej marki.

M.v.H.: Czyli jednak nie da się uniknąć latania?

S.B.: Moda to sztuka wizualna. Miasto jako tło stanowi nieodłączny element mojej stylistyki. To dla mnie bardzo ważne – buduje atmosferę, sprawia, że to, co pokazujemy na pierwszym planie, jest ciekawsze. Oczywiście robię też zdjęcia w studiu, ale najważniejsze jest dla mnie miasto i jego niepowtarzalny klimat.

M.v.H.: Mieszkacie w Nowym Jorku od sześciu lat, za chwilę przyjdzie tu na świat wasze dziecko. Planujecie powrót do Polski?

S.B.: Zawsze chcieliśmy, żeby nasze dziecko urodziło się w Stanach, by ułatwić mu drogę, którą sami musieliśmy przejść. Nawet jeśli w przyszłości wrócimy do Europy, a syn chciałby mieszkać tutaj, będzie miał taką możliwość dzięki amerykańskiemu paszportowi. Dla nas zdobycie pozwoleń na pracę wymagało wiele wysiłku.

M.v.H.: Które z was marzyło o przeprowadzce do Nowego Jorku?

A.J.: Najpierw spędziliśmy razem rok w Tokio.

M.v.H.: Co tam robiliście?

A.J.: Wyjechałam na kontrakt do Japonii jako modelka, później byłam na stażach w magazynach, agencji PR, w domu produkcyjnym mangi i anime. Staszek przyleciał zrobić kampanię dla jednego ze swoich klientów i uznał, że może ze mną zostać.

S.B.: Po roku wróciliśmy do Warszawy, bo w Japonii czuliśmy się samotni. Jeśli nie mówisz po japońsku, to fajnie tam pojechać na wakacje, na dwa tygodnie. Japończycy są zamknięci w sobie, brakowało nam spotkań ze znajomymi.

A.J.: Ale w Warszawie już po kilku miesiącach zaczęliśmy się nudzić.

S.B.: Jeśli chcesz się rozwijać w branży mody, to Warszawa nie jest do tego najlepszym miejscem, niewiele się tam dzieje. Gdy myślisz o tym poważnie, wybierasz Paryż, Londyn czy właśnie Nowy Jork.

A.J.: Wpadłam więc na pomysł, by wyprowadzić się za granicę. Myślałam o Londynie, ale Staszek, który tam studiował [na Wydziale Sztuk Pięknych w Central Saint Martins – red.] nie lubi tego miasta, głównie ze względu na światło, pochmurność. Wymyśliłam więc Nowy Jork. Przygotowywaliśmy się przez pół roku, wynajęliśmy mniejsze mieszkanie, zaczęliśmy oszczędzać.

„W Nowym Jorku żyje się ze świadomością, że codziennie pojawiają się tysiące nowych, ciekawszych osób na twoje miejsce. To jednocześnie przekleństwo i błogosławieństwo.”

staszek-ania

S.B.: W Nowym Jorku mieliśmy dużo szczęścia, przejęliśmy po przyjacielu mieszkanie w dzielnicy TriBeCa, dzięki czemu ominęła nas cała biurokracja ze zdobywaniem wszystkich niezbędnych zaświadczeń do wynajmu.

M.v.H.: Na jakim etapie były wtedy wasze kariery?

A.J.: Nie chciałam już dłużej być modelką, szukałam swojej dalszej drogi zawodowej. W Nowym Jorku zdałam się na przypadek, uznałam, że co ma być, to będzie.

S.B.: Zanim tu przyjechałem, robiłem wiele rzeczy – czasem fotografowałem, pracowałem jako fotoedytor w internetowym wydaniu magazynu „Vice”, byłem DJ-em, prowadziłem bloga.

A.J.: Przyjazd do Nowego Jorku dobrze Staszkowi zrobił. Zrozumiał, że jeśli naprawdę chce robić zdjęcia, musi poświęcić temu całą swoją uwagę i zająć się fotografią na poważnie.

S.B.: Zostawiliśmy wygodne życie na warszawskim Mokotowie i przyjechaliśmy do trudnego miasta, do bardzo trudnej branży, w której próbuje tu prawie każdy. Początki były naprawdę ciężkie.

A.J.: Dużo się dzięki temu nauczyliśmy, przede wszystkim pokory. Tu trzeba ciężko pracować i zrozumieć, że nic złego się nie stanie, jeśli podasz komuś kawę, chociaż nie musiałabyś już tego robić. W Nowym Jorku żyje się ze świadomością, że codziennie pojawiają tysiące nowych, ciekawszych osób na twoje miejsce. To jednocześnie przekleństwo i błogosławieństwo.

S.B.: To bardzo motywujące.

A.J.: Zostawiliśmy naszą strefę komfortu w Warszawie. Tutaj nie było już miło, ciepło i przytulnie. Zamieniliśmy lokalną kawiarnię Relaks na Mokotowie na ryż z marchewką na Brooklynie.

S.B.: Pierwsze półtora roku było bardzo trudne. Po trzech latach mogliśmy po raz pierwszy odetchnąć.

M.v.H.: Co było momentem przełomowym?

S.B.: Jeszcze nie nastąpił.

M.v.H.: A pierwsza okładka dla „Vogue’a”? Chyba każdy fotograf mody o tym marzy.

S.B.: Bardzo się cieszę ze wszystkich okładek i sesji, które robię, z kampanii reklamowych również. Ale ciągle mi mało. Niestety, jestem bardzo ambitny.

A.J.: Uważam, że przełom nastąpił, gdy się tu przenieśliśmy. Staszek zaczął poważnie traktować pracę, a ludzie zaczęli poważnie traktować jego. Z „Bobrowca” stał się Stanisławem Bonieckim.

S.B.: Problem z Nowym Jorkiem jest taki, że wydaje ci się, że wszyscy dookoła robią fajniejsze rzeczy od ciebie.

A.J.: To twoje subiektywne wrażenie, w rzeczywistości tak nie jest.

S.B.: Nie poczuję satysfakcji, dopóki nie zrobię okładek dla wszystkich najważniejszych magazynów. Boję się, czy teraz, jako rodzic, nie będę musiał przesunąć tych ambicji na dalszy plan, czy uda mi się pogodzić je z rodzicielstwem.

M.v.H.: Tego boi się chyba każdy, kto zostaje rodzicem.

Ulubione przepisy Ani i Stanisława

  1. Baskijski Sernik
  2. Cieciorka Tandori
  3. Truskawkowe Tiramisu
  4. Makaron z Karmelizowanymi Szalotkami
  5. Crepe Suzette - Jacques Pepin
Czytaj dalej
Dom Pod Jedlami
Zakopane początku XX wieku to miejsce, gdzie można było zawiesić normy obowiązujące na nizinach.
Close navigation